Miała być Polska równomiernego rozwoju. Polska, w której każdy region ma prawo do takich samych szans. Tymczasem Podlasie od miesięcy żyje w stanie gospodarczej izolacji, przypominającej długotrwałe odcięcie od tlenu. Przedsiębiorcy piszą kolejne pisma do rządu, apelują, lobbują, proszą o otwarcie choć jednego przejścia granicznego z Białorusią. Nie dlatego, że brakuje im pomysłów na biznes. Nie dlatego, że nie potrafią działać. Tylko dlatego, że bez tego podstawowego narzędzia na wschodzie Polski i możliwości handlu przygranicznego, biznes w Podlaskim staje się codzienną walką o przetrwanie.
Warszawa i inne duże miasta lubią używać hasła „ściana wschodnia”. Brzmi to dumnie, niemal heroicznie: „strażnicy granic”, „obrońcy bezpieczeństwa”. Problem w tym, że ta metaforyczna ściana dla mieszkańców Podlasia jest po prostu ścianą. Nie ma drzwi, nie ma okna, nie ma prześwitu. I kiedy zamyka się wszystkie przejścia graniczne, a w zamian nie oferuje żadnego rozwiązania, przedsiębiorcy nie tracą tylko klientów. Oni tracą sens i perspektywę działania związaną z ich położeniem.
Każdy kolejny miesiąc zamknięcia to miliony złotych strat. Firmy transportowe, usługowe, handlowe, całe sieci lokalnych powiązań – wszystko to powoli obumiera. Ludzie, którzy latami budowali swoje biznesy, teraz spędzają czas nie na rozwijaniu oferty, ale na pisaniu kolejnych pism, petycji i próśb o otwarcie chociaż jednego przejścia. Nie chodzi o pełne przywrócenie wymiany handlowej. Chodzi o minimum, które pozwoli utrzymać miejsca pracy i zahamować proces gospodarczej degradacji regionu.
Nikt tu nie broni reżimu Łukaszenki. Sprawa nie dotyczy polityki międzynarodowej, tylko zwykłej codzienności ludzi, którzy chcą pracować i utrzymać swoje rodziny. Państwo ma prawo podejmować decyzje w obszarze bezpieczeństwa – to jasne. Ale jeśli coś zamyka, musi też otworzyć alternatywę. Inaczej to nie jest polityka, tylko ekonomiczny sabotaż.
Podlasie od dawna nie chce być „Polską B”. Ale trudno nie odczuwać, że dla decydentów właśnie tak jest postrzegane: jako część mniej ważna, odkładana na później, traktowana jak margines. Tymczasem Polska B to w praktyce B jak BRAK – brak wyobraźni i brak realnej troski o ludzi, którzy nie mieszkają w centrum.
Podlascy przedsiębiorcy od miesięcy powtarzają jedno: nie potrzebujemy jałmużny ani kolejnej konferencji prasowej z głośnymi hasłami. Potrzebujemy otwarcia choć jednego przejścia granicznego, które pozwoli nam normalnie funkcjonować. Bo czas gra na niekorzyść, a cierpliwość i zasoby finansowe lokalnych firm są na wyczerpaniu.
Podlasie nie chce być strefą buforową, której jedyną rolą jest „być gdzieś pomiędzy”. Podlasie chce być integralną częścią tej samej Polski, która w dokumentach rządowych mówi o „strategii zrównoważonego rozwoju regionów”. Tylko że bez realnych decyzji to pozostanie pustym sloganem.
Pytanie pozostaje wciąż to samo: czy Polska A jeszcze pamięta, że tak naprawdę jest jedna Polska?