Drugie życie piękna. Rozmowa z Urszulą Guszczyn, założycielką Glassimy

glassima

Nie każda historia zaczyna się od wielkiego biznesplanu. Czasem wystarczy jeden przedmiot, który zamiast trafić na śmietnik, dostaje drugą szansę. Tak było w przypadku Urszuli Guszczyn, która w starych kieliszkach, kryształach i ceramicznych naczyniach dostrzegła nie tylko piękno, ale także potencjał do tworzenia czegoś zupełnie nowego.

Założona przez nią marka Glassima powstała z fascynacji przedmiotami, które niosą ze sobą ślady czasu i ludzkich historii. Dziś w jej pracowni odzyskane szkło i ceramika przeobrażają się w niepowtarzalne lampy, abażury, świeczniki i dekoracje, łącząc rzemiosło, sztukę użytkową oraz ideę świadomego projektowania. Każdy projekt jest inny, bo każdy materiał trafiający w jej ręce ma własny charakter i własną opowieść.

O budowaniu autorskiej marki, o poszukiwaniu piękna w rzeczach niedoskonałych, o twórczej odwadze i o tym, dlaczego warto patrzeć na przedmioty inaczej niż większość z nas, rozmawiamy z Urszulą Guszczyn – artystką i założycielką pracowni Glassima.

Historia Glassimy zaczęła się od jednej kryształowej szklanki z lat 50., która jako jedyna ocalała z całego kompletu. Pamięta Pani moment, w którym spojrzała na nią nie jak na przedmiot, ale jak na początek nowej drogi zawodowej?

Myślę, że ta historia zaczęła się dużo wcześniej niż od tej szklanki. Od zawsze bardziej interesowało mnie to, czego inni nie zauważali. Fascynowały mnie detale, faktury, światło, sposób, w jaki zmienia się kolor szkła pod różnym kątem. Może dlatego tak bardzo lubiłam fotografię makro i podróże – uczyły mnie patrzeć uważniej. Ta kryształowa szklanka po prostu zatrzymała mnie na chwilę. Zobaczyłam w niej nie przedmiot, który został z niekompletnego zestawu, ale piękną formę, która wciąż ma przed sobą przyszłość. Nie zastanawiałam się wtedy nad biznesem. Pomyślałam tylko: „A gdyby dać jej nowe życie?”. Glassima nie powstała z jednej szklanki. Powstała z przekonania, że w niemal każdej rzeczy można dostrzec światło – trzeba tylko uważnie patrzeć.

W swojej filozofii często mówi Pani, że przedmioty mają pamięć. Jakie historie najczęściej odnajduje Pani w rzeczach, które trafiają do pracowni?

Najbardziej fascynuje mnie to, że większość tych przedmiotów była kiedyś częścią czyjegoś codziennego życia. Stały na stołach, uczestniczyły w rodzinnych spotkaniach, przechodziły z pokolenia na pokolenie. Oczywiście nie znam wszystkich ich historii, ale widzę ślady czasu i ślady użytkowania. Czasami budzą we mnie bardzo osobiste skojarzenia – przypominają starą latarkę albo świecznik z mojego rodzinnego domu. Innym razem zachwyca mnie historia zupełnie nowego przedmiotu, na przykład ręcznie wypalanego wazonu wykonanego tradycyjną metodą. To wszystko łączę ze sobą. Intuicyjnie szukam nowej oprawy dla każdego elementu i zastanawiam się, z czym powinien się spotkać, żeby opowiedzieć nową historię. Moje lampy często opowiadają moje własne historie.

glassima

Dla wielu osób stary kieliszek czy wyszczerbiony talerz to po prostu odpad. Co sprawia, że Pani potrafi dostrzec w nich potencjał przyszłej lampy lub dekoracji?

To chyba kwestia sposobu patrzenia na świat. Kiedy biorę przedmiot do ręki, oglądam go z każdej strony i zaczynam wyobrażać sobie jego kolejne życie. To trochę jak rozmowa z materiałem. Nie zastanawiam się, czym był. Zastanawiam się, czym jeszcze może się stać. Moje lampy często nie są idealne przez to że często używam elementów używanych. Czasem mają delikatne odchylenie albo ślad ręcznej pracy. Dla mnie to nie są wady. To dowód, że te przedmioty miały już swoje życie, a dziś – jako rękodzieło – zaczynają zupełnie nową historię.

Glassima to nie tylko upcycling, ale także autorska sztuka użytkowa. W czasach szybkiej konsumpcji i zakupów „na już” przekonuje Pani do przedmiotów tworzonych ręcznie, często z materiałów z historią. Czy zauważa Pani zmianę w podejściu klientów do takich rzeczy?

Zdecydowanie tak. Coraz więcej osób szuka dziś rzeczy wyjątkowych, które mają charakter i nie wyglądają jak wszystko inne. Mam wrażenie, że po latach masowej produkcji zaczynamy bardziej doceniać autentyczność. Klienci coraz częściej pytają nie tylko o sam produkt, ale również o jego historię, proces powstawania i materiały. Chcą otaczać się przedmiotami, które coś znaczą. Myślę, że zmieniło się też nasze podejście do domu. Coraz rzadziej traktujemy go wyłącznie jako przestrzeń, którą trzeba urządzić. Chcemy, żeby był miejscem, które opowiada o nas – o naszych wartościach, wspomnieniach i wrażliwości. Dlatego coraz częściej wybieramy mniej rzeczy, ale takich, z którymi naprawdę czujemy więź. To daje mi ogromną satysfakcję, bo widzę, że ludzie nie kupują moich lamp tylko po to, żeby oświetlić wnętrze. Wybierają je dlatego, że odnajdują w nich emocje, historię albo sposób patrzenia na świat, który jest im bliski.

Każda lampa Glassima powstaje ręcznie. Nie projektuję kolekcji – tworzę historie. Czasem są to historie jednej lampy, a czasem dwóch bliźniaczych form, które od początku mają świecić razem. Dlatego moje lampy mają również swoje imiona. Nie są numerami katalogowymi ani przypadkowymi nazwami. Każda z nich rodzi się z emocji, skojarzeń i charakteru, który odkrywam podczas tworzenia. Nazwa jest zwieńczeniem całego procesu – momentem, w którym wiem, że ta historia jest już kompletna.

Kiedy ktoś kupuje lampę Glassima, kupuje przede wszystkim design czy historię, którą ta lampa niesie?

Myślę, że najpierw przyciąga design. To on sprawia, że ktoś zatrzymuje wzrok. Projektowanie lamp to dla mnie znacznie więcej niż połączenie kilku pięknych przedmiotów. Każdy element musi znaleźć swoje miejsce. Zwracam uwagę na proporcje, ciężar wizualny, faktury, kolor, sposób, w jaki szkło pracuje ze światłem i jak całość będzie wyglądała zarówno w dzień, jak i po zmroku. To właśnie dlatego pytanie: „Ile czasu powstaje taka lampa?” jest chyba najtrudniejszym, jakie słyszę. Nie potrafię odpowiedzieć na nie w godzinach czy dniach. Samo złożenie lampy może zająć kilka godzin, ale proces twórczy zaczyna się dużo wcześniej. Czasem przez kilka dni, a czasem przez kilka miesięcy noszę projekt w głowie. Oglądam elementy, przestawiam je, odkładam, wracam do nich. Zdarza się, że jakiś przedmiot czeka bardzo długo, aż spotka ten właściwy. Nie dlatego, że nie mam pomysłu, ale dlatego, że wiem, że to jeszcze nie jest to. Projekt kończy się dopiero wtedy, kiedy wszystko zaczyna ze sobą współgrać. Kiedy mam poczucie, że forma jest kompletna i nic nie trzeba już dodawać ani odbierać. Dopiero wtedy pojawia się historia. Nadaję lampie imię, bo wiem już, kim jest. Myślę więc, że klienci przychodzą po design, ale zostają dla emocji i historii. A dla mnie jedno bez drugiego po prostu nie istnieje.

Prowadzenie autorskiej pracowni wymaga nie tylko kreatywności, ale również przedsiębiorczości. Co było dla Pani największym wyzwaniem w budowaniu marki od strony biznesowej?

To nie jest moja pierwsza firma, więc samo prowadzenie biznesu nie było dla mnie czymś nowym. Wcześniej przez wiele lat prowadziłam własną markę i wiem, z czym wiąże się przedsiębiorczość, odpowiedzialność oraz codzienne podejmowanie decyzji. Tamta marka również była bardzo autorska. Tworzyłam własne rozwiązania, dbałam o każdy detal i budowałam produkt od podstaw. Różnica polega na tym, że wtedy to marka była na pierwszym planie, a ja mogłam pozostać trochę w cieniu. Glassima postawiła przede mną zupełnie inne wyzwanie. Dziś nie pokazuję tylko swoich prac. Pokazuję również siebie – swój sposób myślenia, swoją estetykę, proces twórczy i wartości, które stoją za każdym projektem. Buduję równolegle markę produktu i markę osobistą, a to wymaga zupełnie innej odwagi. Myślę, że właśnie wyjście z pracowni i pozwolenie ludziom zobaczyć nie tylko gotowe lampy, ale również osobę, która za nimi stoi, było dla mnie największym wyzwaniem. Paradoksalnie okazało się też jednym z najważniejszych kroków w rozwoju Glassimy.

Coraz więcej mówi się o zrównoważonym projektowaniu i gospodarce obiegu zamkniętego. Czy czuje Pani, że to, co dziś nazywamy trendem, było obecne w Pani filozofii od samego początku?

Tak, choć na początku nie nazywałam tego w ten sposób.

Nie zaczęłam tworzyć lamp dlatego, że modne stało się słowo „upcycling”. Zaczęłam dlatego, że szkoda było mi pięknych przedmiotów, które przestały być potrzebne tylko dlatego, że nie były już kompletne albo modne. Dopiero później odkryłam, że ten sposób myślenia wpisuje się w ideę gospodarki obiegu zamkniętego. Dla mnie jednak nadal jest to przede wszystkim szacunek – do materiału, do rzemiosła i do pracy człowieka, która została kiedyś włożona w stworzenie tych rzeczy. Kiedy patrzę na stary kryształ, ręcznie formowane szkło czy ceramikę, widzę nie tylko przedmiot. Widzę kunszt ludzi, którzy poświęcili swój czas, wiedzę i doświadczenie, żeby go stworzyć. Trudno mi zaakceptować, że coś takiego miałoby zostać wyrzucone tylko dlatego, że zmieniła się moda albo z całego kompletu został jeden element. Mam też poczucie, że żyjemy w czasach, w których bardzo łatwo wymienia się rzeczy na nowe. A przecież wiele z nich nadal ma ogromną wartość – tylko przestaliśmy ją dostrzegać. Myślę, że Glassima jest próbą przypomnienia, że nie wszystko, co stare, jest skończone. Czasami wystarczy spojrzeć na to z innej perspektywy.

Jeśli przy okazji moje lampy zachęcają ludzi do bardziej świadomych wyborów i pokazują, że piękno może rodzić się z tego, co już istnieje, bardzo się z tego cieszę. Ale to nigdy nie było moim celem samym w sobie. To naturalna konsekwencja mojego sposobu patrzenia na świat.

glassima

Patrząc na rozwój Glassimy, z czego jest Pani dziś najbardziej dumna – z rozpoznawalności marki, z konkretnych realizacji, a może z tego, że udało się zachować pełną autentyczność twórczą?

Najbardziej cieszy mnie to, że nigdy nie próbowałam tworzyć pod oczekiwania rynku. Od początku chciałam robić rzeczy, które sama uważam za piękne i które opowiadają jakąś historię. Dziś widzę, że właśnie ta autentyczność zaczyna być dostrzegana. We wrześniu po raz pierwszy zaprezentuję Glassimę na Targach Rzeczy Ładnych w Warszawie. To dla mnie ważny krok, bo są one jednym z najważniejszych wydarzeń promujących polski design i rzemiosło. Ogromną radość daje mi również to, że moje lampy zostały docenione przez galerię sztuki przy Krupówkach w Zakopanem. Są także obecne w Elite Home w Białymstoku, gdzie można zobaczyć je w różnych aranżacjach wnętrz i przekonać się, jak zmieniają przestrzeń. To są momenty, które utwierdzają mnie w przekonaniu, że warto było zaufać własnej intuicji i pozostać wierną swojej estetyce. Bo Glassima od początku nie miała być tylko marką lamp. Miała pokazywać, że piękno często czeka tam, gdzie większość przestaje już patrzeć.

Gdyby miała Pani dziś powiedzieć coś kobietom, które noszą w sobie pomysł na własny biznes, ale wciąż odkładają pierwszy krok, co poradziłaby im Pani na podstawie własnej drogi z Glassimą?

Nie wiem, czy jestem najlepszą osobą do udzielania takich rad, bo sama mam poczucie, że dopiero zaczynam tę drogę. Glassima bardzo się rozwija, ale ja wciąż z ciekawością obserwuję, dokąd mnie zaprowadzi. Jednego jestem jednak pewna. Nie przywiązuję się za bardzo do planu. Przywiązuję się do wartości. Bo pomysł może się zmieniać, marka może ewoluować, ale jeśli wiem, dlaczego robię to, co robię, łatwiej podejmować kolejne decyzje. Nie wiem, gdzie Glassima będzie za pięć czy dziesięć lat. Wiem tylko, że chcę nadal tworzyć rzeczy, z których będę dumna i które będą powstawały w zgodzie ze mną.

Nie musicie znać całej drogi. Wystarczy wiedzieć, dlaczego chcecie nią pójść. Reszta często odsłania się dopiero w trakcie.

https://glassima.pl/

ig    fb

You may like