„Eko Żłobek powstał na granicy wytrzymałości, a dziś jest jedną z najlepiej ocenianych placówek w mieście” – Wywiad z Wiolettą Rakowską

wioletta rakowska

W świecie, w którym coraz więcej mówi się o świadomym wychowaniu i uważności na potrzeby najmłodszych, rośnie też znaczenie miejsc, które realnie wspierają rozwój dzieci od pierwszych lat życia. Za takimi przestrzeniami stoją konkretne decyzje, odwaga i wizja często jednej osoby, która postanawia zrobić coś „po swojemu”.

Pani Wioleta Rakowska, właścicielka Eko Żłobka i Bajkowego Zakątka w Białymstoku, stworzyła miejsca, które łączą troskę o rozwój dziecka z przemyślaną koncepcją edukacyjną i zarządzaniem własnym biznesem. Jej droga to przykład tego, jak z pomysłu i potrzeby może powstać stabilna, rozpoznawalna marka.

Pani Wioleto, stworzyła Pani w Białymstoku miejsca takie jak Eko Żłobek i Bajkowy Zakątek. Jak zaczęła się Pani droga zawodowa i co było punktem zwrotnym, który skierował Panią właśnie w stronę pracy z dziećmi?

Tak na dobrą sprawę to było tu trochę przypadku i zbiegu różnych okoliczności. Byłam na etapie szukania czegoś stabilnego i przede wszystkim swojego. Czegoś co da mi poczucie bezpieczeństwa finansowego, wolności zawodowej i satysfakcji, że robię coś co lubię i to z własnej woli. Praca na etacie mnie ograniczała i chciałam coś zmienić w swoim życiu. No i bach… Jedna z koleżanek zaproponowała mi przejęcie placówki, którą prowadziła. Nie była to łatwa decyzja, tym bardziej że wiązała się ona z wzięciem kredytu oraz ogromnej odpowiedzialności z racji opieki nad dziećmi. Po głębszym przemyśleniu tematu i rozmowach z rodziną postanowiłam jednak zaryzykować i dziś już wiem, że była to właściwa decyzja.

Branża opieki i edukacji najmłodszych jest bardzo wymagająca, zarówno formalnie, jak i emocjonalnie. Co było dla Pani największym wyzwaniem przy otwieraniu pierwszej placówki?

Myślę, że pierwsza placówka nie była największym wyzwaniem, gdyż był to już funkcjonujący klub malucha. Oczywiście wymagało to sporo pracy przy odnowieniu, zmianie wszystkiego po swojemu itp.  Dużo większym wyzwaniem było otwarcie drugiej placówki czyli Eko Żłobka. Myślę, że mógłby być to materiał na osobną książkę, gdyż był to bardzo trudny dla mnie okres, przez który dzięki Bogu przeszłam z sukcesem. Sprawy związane z projektem, sprawy urzędowe, papierologia, procedury, przetargi, budowa placówki, bo powstała ona od podstaw, itd. Wszystko to było dla mnie zupełnie nowe, trudne, niezrozumiałe. A z drugiej strony choroba mojej mamy, która zakończyła się jej odejściem… Dużo wylanych łez, nerwów, nieprzespanych nocy, zwątpienia w sens tego co robię… Był moment, że doprowadzenie projektu do końca wisiało na włosku i to bardzo cienkim. I tylko moja determinacja, upór, wewnętrzna siła i pomoc najbliższych to wszystko doprowadziło do sukcesu jakim było otwarcie placówki. To wszystko spowodowało, że narodziłam się nowa ja, silniejsza, z wiarą w siebie. Bo niewątpliwie ten czas był dla mnie najtrudniejszy w moim życiu. Dziś, jak na to patrzę to wydaje mi się, że kompilacja tych wszystkich trudnych wydarzeń była po coś i miała sens. Dziś już też wiem że praca z dziećmi była moim przeznaczeniem, to właśnie to czego szukałam, w czym się odnajduję, co kocham robić i czemu poświęcam dużą część swojego życia.

Prowadzenie żłobka i przedszkola to nie tylko misja, ale też biznes. Jak uczyła się Pani łączyć te dwa światy jakości opieki i efektywnego zarządzania?

Faktycznie, prowadzenie żłobka to swego rodzaju misja i z oczywistych względów biznes. Misja, bo przecież pracujemy z małymi dziećmi, które kształtujemy, które uczymy, które wychowujemy, o bezpieczeństwo których dbamy przez cały czas. Obecny świat jest dość szalony, ludzie non stop pędzą, nie mają czasu na zatrzymanie się i zastanowienie co tak naprawdę w życiu jest ważne, jakie są priorytety. Często brakuje czasu lub po prostu sił, by ze swoim dzieckiem się pobawić, wyjść na spacer, pokazać drzewa, kwiaty, ptaki. Często rodzic, by mieć spokój w domu po ciężkim dniu pracy daje dziecku tablet, telefon, bądź sadza malucha przed telewizorem. I faktycznie dziecko „nie zawraca głowy, nie męczy”, przenosi się w inny świat, świat przebodźcowany, nieprawdziwy, często przesycony nieodpowiednimi treściami. Dziecko spędza w tym świecie zbyt dużo czasu, a konsekwencje tego będą nieuniknione. Maluszek wychowywany w ten sposób nie uczy się życia, nie poznaje świata takim jakim jest naprawdę. I tu właśnie jesteśmy my ze swoją misją: ciocie opiekunki, które przebywają z maluchami niekiedy dłużej niż rodzice, które znają dzieci bardzo dobrze, znają zachowania, charaktery, humory, które uczą dzieci niezbędnych czynności takich jak jedzenie za pomocą sztućców, załatwianie się do nocnika, a później do sedesu, mycie rączek i zębów, mówienie dziękuję i dzień dobry. Widzimy jak nasze maluchy stawiają pierwsze kroki, zaczynają składać zdania, zmieniają się i rozwijają na naszych oczach. Jednak to wszystko wymaga poświęcenia ogromu czasu, uwagi, cierpliwości i wielkiej miłości. Największą nagrodą jest dla nas uśmiech i radość dziecka, poczucie bezpieczeństwa, które widać na ich beztroskich twarzach. Często cieszą nas małe rzeczy, takie jak uwagi rodziców: ” Ooo, Jasio zaczął w domu jeść przy stole, bez telefonu”, lub ” a Marysia zaczęła siadać na nocnik jak chce siusiu”. Dochodzą do nas również informacje, że gdy dziecko zacznie chodzić do przedszkola to panie pytają do którego żłobka chodziło, bo wszystko umie robić samodzielnie. To są małe znaki, sygnały, że to co robimy ma sens i robimy to właściwie. Te małe, roczne, dwuletnie mózgi chłoną wszystko w niewyobrażalnym tempie i tylko od nas dorosłych, rodziców, opiekunek zależy jak dzieci się rozwijają, jak będą przygotowane do życia. Wydaje mi się, że jeszcze dużo nie wiemy jak bardzo prawidłowy rozwój dziecka w wieku żłobkowym ma wpływ na przyszłe życie. To ile czasu poświęcamy naszym maluchom, ile dajemy im miłości i dobra na pewno nie pójdzie na marne i do nas wróci. Jest takie polskie powiedzenie: „Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci” i właśnie ono pokazuje na czym polega nasza misja.
Oczywiście, oprócz tego wszystkiego o czym opowiedziałam jest również kwestia biznesowa. Każdy kto decyduje się na otwarcie i prowadzenie żłobka w pierwszej kolejności bierze kalkulator i liczy czy mu się to po prostu będzie opłacało. Tu matematyka jest prosta i nie przeskoczymy pewnych rzeczy. Przepisy jasno mówią ile dzieci mogę mieć w placówce, a zależne jest to od metrażu sal. Ilość dzieci mnożymy przez wysokość czesnego i mamy przychód. Z drugiej strony mamy koszta związane z użytkowaniem lokalu, pracownikami, wyposażeniem, materiałami wykorzystywanymi podczas zajęć. Jedno odejmujemy od drugiego i mamy wynik. Jeśli nam to pasuje to ok, czysta matematyka, wynik z góry łatwy do wyliczenia. Schody zaczynają się, jak zaczyna brakować dzieci, jak nie ma pełnego obłożenia, a doprowadzić do takiej sytuacji jest bardzo prosto i ciężko to później odwrócić. Przy obecnej konkurencji, przy niżu demograficznym, przy stale powstających nowych placówkach w tym również dużych samorządowych utrzymać się jest bardzo ciężko. Naprawdę, żeby mieć pełne obłożenie nie mogę sobie odpuszczać, nie mogę popełniać błędów, lub gdy takowe się zdarzają muszę je na bieżąco naprawiać. Muszę mieć stały i dobry kontakt z rodzicami, muszę dbać o wyposażenie sal, o wygląd zewnętrzny i wewnętrzny placówki o atmosferę, o odpowiednie zajęcia dodatkowe i bezpieczeństwo, o jak najlepszy catering, o czystość, higienę i oczywiście o kadrę. W tym miejscu chcę mocno zaznaczyć, że odpowiednia kadra to zdecydowanie więcej niż pół sukcesu. Ludzie pracujący z dziećmi muszą przede wszystkim kochać swoją pracę, mieć odpowiednie podejście, budzić zaufanie, mieć dobry kontakt z dziećmi ale i z rodzicami. Mi dane było od samego początku posiadać taką kadrę, za co jestem bardzo wdzięczna. Oczywiście małe zmiany były, bo takich się nie uniknie, ale nie miałam nigdy większego problemu z dobraniem odpowiedniego „składu”. A w obecnych czasach dobrzy i lojalni pracownicy to skarb. Ja każdego dnia dziękuję za moje dziewczyny i mam bardzo dobre o nich zdanie. Wiem, że i one o mnie również złego słowa nie powiedzą. To wszystko, te nasze relacje, wzajemny szacunek, dobroć charakterów powoduje , że nie ma napięć i atmosfera w placówkach jest rodzinna, a rodzice to czują, o czym z resztą czasem wspominają. Podsumowując: jeśli ktoś w obecnych czasach do tematu prowadzenia żłobka podchodzi czysto biznesowo to praktycznie nie ma szans na osiągnięcie sukcesu w dłuższej perspektywie. Jedna mała placówka nie da satysfakcji finansowej, to jest pewne. Posiadając kilka placówek trudno jest utrzymać jakość i pełne obłożenie dzieci, co generuje więcej sytuacji konfliktowych i stresu, a w życiu nie o to przecież chodzi. Więc niezwykle trudną sztuką jest znalezienie balansu pomiędzy prowadzeniem biznesu, który by cię zadowalał finansowo i pełnieniem misji w sposób właściwy i satysfakcjonujący wszystkich, a przede wszystkim kochane dzieci. Dopiero znalezienie tej równowagi daje ci poczucie spełnienia i radości z tego co robisz. 

Jak budowała Pani swój pierwszy zespół i jakie kompetencje były dla Pani kluczowe?

Jak budowałam zespół?…w przypadku pierwszej placówki nie miałam tego problemu, gdyż przejęłam ją jako już funkcjonującą, z dziećmi i pracownicami. Po jakimś czasie dokonałam drobnych zmian kierując się głównie moimi obserwacjami oraz uwagami rodziców co do jakości sprawowanej opieki. W przypadku drugiej placówki, którą, jak już wcześniej wspomniałam, stworzyłam od podstaw, sytuacja wyglądała bardziej skomplikowanie, choć zapewne nie różniła się od naboru pracowników w innych branżach, czyli ogłoszenie w lokalnych mediach i na facebooku, przejrzenie CV, rozmowa kwalifikacyjna, wybór kandydatek i finalne podpisanie umowy. Branża, w której pracuję jest o tyle specyficzna, że po pierwsze od przyszłych pracowników wymaga się odpowiedniego kursu, stażu i zaświadczenia o niekaralności, wykształcenie w przypadku żłobków nie jest warunkiem koniecznym aczkolwiek jest mile widziane i dobrze postrzegane. Po drugie praca z dziećmi wymaga odpowiedniego zespołu cech charakteru, odpowiedniej osobowości, empatii, wielkiej miłości do dzieci, delikatności, szczególnej wrażliwości i uważności, wielkiej odpowiedzialności, wyczucia taktu w kontaktach z rodzicami, szczerości, uśmiechu i dobrego serca. Po prostu trzeba być dobrym człowiekiem, poza oczywiście posiadaniem cech charakteryzujących dobrego pracownika. Tak właśnie bym opisała osobę, która z własnej woli decyduje się na pracę z dziećmi jako opiekunka. Nie każdy do tej pracy się nadaje i jeśli ktoś myśli, że to praca jak każda inna to się myli. A ja to wyczuwam u ludzi i w większości przypadków dokonywałam właściwych wyborów. Obecnie na rynku pracy nie ma dużego wyboru jeśli chodzi o opiekunki. Z czego to wynika? Moim zdaniem z tego, iż nie jest to zawód odpowiednio wysoko opłacany, a odpowiedzialność jest naprawdę ogromna. Dlatego pozyskanie „wymarzonego” pracownika jest niezwykle trudne. Kilka dziewczyn trafiło do mnie z polecenia i się sprawdziły. I właśnie ten sposób pozyskiwania odpowiedniej osoby jest chyba najlepszy, choć oczywiście nie zawsze tak bywa. Praca jest bardzo delikatna i niezwykle odpowiedzialna, dziewczyny muszą zapracować na moje zaufanie, bo zaufanie jest tu bardzo ważne i potrzebne i choć wymagania z mojej strony są spore to praca może się odwdzięczyć i dawać radość i przyjemność. Tak że nie ma jakichś sztywnych ram, szablonu wzorowego pracownika… ja już po krótkiej rozmowie wiem kto będzie pasował do naszego zespołu i jeśli po kilku dniach okresu próbnego mój typ się potwierdza, a tak najczęściej bywa, to podpisujemy umowę i zaczynamy nowy rozdział.

Czy był moment zwątpienia, taki, w którym pomyślała Pani, że to zbyt trudna droga? Co pomogło Pani iść dalej?

Tak, bez wątpienia takie trudne momenty bywają, a pierwsze już były podczas tworzenia Eko Żłobka. Eko Żłobek powstał m.in. dzięki projektowi Unijnemu i same przechodzenie przez te wszystkie procedury było potężnym wyzwaniem. Pracy było bardzo dużo, zarówno fizycznej jak i umysłowej: szukanie i wybór wyposażenia, zabawek, wykładziny, oświetlenia, rozpisywanie przetargów… Wszystko musiało być zgodne ze sztywnymi przepisami i wytycznymi UE. Nie miałam czasu na życie prywatne i rodzinne. Ciągłe wizyty w urzędach, straż pożarna, sanepid… nigdy nie dało się załatwić czegokolwiek od razu, tak bezproblemowo. Na dodatek doszła ciężka choroba mojej mamy i to mnie na jakiś czas przygniotło. Nie miałam siły ani chęci by pilnować projektu, straciłam cały zapał, byłam nieobecna, totalny paraliż umysłowy. To był bardzo trudny dla mnie okres, który pamiętam trochę jakby przez mgłę. Mogłam jednak liczyć na pomoc najbliższych. Dodatkowo projekt stanął pod znakiem zapytania, gdyż jedna z osób z firmy zewnętrznej, która zajmowała się pomocą przy prowadzeniu projektu po prostu zniknęła. Jak się okazało miała swoje problemy życiowe i zaniedbała na tyle swoją pracę, iż nie składała dokumentów związanych z projektem do odpowiednich urzędów i instytucji. Dostałam pismo, iż w związku z niedotrzymaniem terminów umowa dotycząca projektu zostanie rozwiązana. To był koszmar jak z filmu. Jeździliśmy razem z mężem po urzędach i wszystko odkręcaliśmy. Wiadomo jak urzędy pracują, są kolejki, bez pośpiechu… „pani poczeka, jak koleżanka rozpatrzy podanie, dyrektor podpisze to zadzwonimy”, a mnie goniły terminy. Pamiętam jak w sanepidzie miałam coś ważnego do załatwienia, ale ważnego dla mnie, nie dla pań urzędniczek i powiedziałam, że jak nie załatwię tej sprawy tu i teraz to nie wyjdę stąd. Około dwóch godzin czekania, rozmów z urzędniczkami i ich przełożonymi, aż po samego dyrektora. No i udało się, i takich sytuacji było więcej. I to właśnie mój upór i determinacja w dążeniu do celu owocowały małymi sukcesami, a one z kolei powodowały, iż rosła wiara w siebie i przekonanie, że nie mogę się poddawać. Z jednej strony ciągłe wizyty w urzędach, a z drugiej w szpitalu w którym odwiedzałam mamę, nie wiem jak dawałam rady… aż przyszedł dzień w którym mama odeszła, najwyraźniej nie dane jej było zobaczyć mojego dzieła, a tak bardzo mi na tym zależało. Bo byłam bardzo dumna, że tworzę coś nowego i na pewno ona też by była dumna ze mnie, ze swojej córki. Mama zmarła co było dla mnie potężnym ciosem, ale finalnie Eko Żłobek powstał, się otworzył i do dziś placówka funkcjonuje jako jedna z najlepiej ocenianych w mieście. Ten czas teraz wydaje mi się bardzo odległy, taki nierealny i na pewno był najtrudniejszym w moim życiu, a jednak przeszłam przez to, widocznie tak musiało być, ktoś mi tam na górze taką drogę wyznaczył. Moja wiara w powodzenie, upór, nieustępliwość, wewnętrzna siła to wszystko pomogło mi przejść przez ten okres no i oczywiście najbliższa rodzina, która mnie wspierała i dodawała mi otuchy. Dziś patrzę na to, jak na lekcję życia, że nie zawsze się wszystko pomyślnie układa, że nie zawsze jest tak jakbyśmy chcieli, ale to wszystko nie jest przypadkiem, jest po coś, czemuś ma służyć, pokazuje, że jeśli się ma marzenia to warto do ich realizacji dążyć pomimo trudności jakie napotykamy, bo te trudności też są częścią naszego życia i poradzenie sobie z nimi tylko nas wzmacnia i czyni sukces bardziej wartościowym.

Czy pamięta Pani decyzję, która była szczególnie trudna, ale z perspektywy czasu okazała się przełomowa dla rozwoju Pani biznesu? Czy są decyzje, które dziś podjęłaby Pani inaczej, mając obecne doświadczenie?

Najtrudniejsze decyzje hmmm… wydaje mi się, że mogły to być decyzje związane z zakończeniem współpracy z jakąkolwiek z moich dziewczyn, szczególnie jeśli współpraca trwała kilka miesięcy i dłużej. Ja do każdej z takich sytuacji podchodzę bardzo emocjonalnie i chciałabym, aby ich oczywiście nie było. Pamiętam pierwszą taką sytuację, gdy zaczęły docierać do mnie informacje podważające jakość wykonywanej pracy przez jedną z pracownic. A to akurat jest mój bardzo czuły punkt, bardzo dbam o to aby nikt nie mógł mi zarzucić, że w moich placówkach coś złego się dzieje lub są jakieś niedociągnięcia, nawet jeśli uwagi miałyby być rzadkie i sporadyczne. Jest to mój biznes i jest on częścią mojego życia, częścią mnie samej, gdyż włożyłam w to dużo energii, czasu i poświęcenia, naprawdę traktuję go z pedantyczną wręcz dbałością o każdy szczegół. Taka już jestem i bardzo mnie boli, gdy ktoś mi coś zarzuca zwłaszcza gdy zarzuty są bezpodstawne. Tak więc temat uwag jakie do mnie docierały potraktowałam bardzo osobiście. Przeprowadziłam kilka rozmów, dawałam kilka szans na zmianę podejścia i zachowania i cały czas odsuwałam od siebie myśl, że trzeba będzie się chyba rozstać z jedną z pracownic, która się facto pracowała ze mną od samego początku. W głowie rodziły się wątpliwości czy słusznie zrobię, rodziły się pytania i obawy czy znajdę na jej miejsce kogoś odpowiedniego, być może pojawiły się również wyrzuty sumienia. Minął jakiś czas i znów doszły do mnie uwagi, które potwierdziły tylko wcześniejsze zarzuty. Podjęłam decyzję o nieprzedłużeniu umowy, było mi z tym ciężko, nie obyło się bez łez.Dziś już wiem, że była to jedyna słuszna decyzja, że ludzie będą przychodzić i odchodzić, że nie każdy się nadaje, nie każdy spełni moje oczekiwania. To jest zupełnie naturalna kolej rzeczy i niby to już rozumiem i akceptuję to jednak każde rozwiązanie współpracy sprawia trudność i wywołuje emocje. Dziś już jestem świadoma, że ponad swoje odczucia, kwestie koleżeństwa, jakiegoś przywiązania, znajomości, muszę stawiać dobro firmy i jej jak najlepszy wizerunek. Ja swoje dziewczyny staram się jako szefowa traktować w taki sposób, w jaki sama bym chciała być traktowana przez szefa pracując na etacie. To dziewczyny są wizytówką firmy i to ich podejście i dbałość o wysoką jakość wykonywanej pracy powoduje, że placówki cieszą się bardzo dobrymi opiniami, z czego jestem bardzo dumna i za co jestem wdzięczna. Jednak to działa w dwie strony i jeśli mam w zespole kogoś kto zakłóca harmonię, spokój, generuje niepotrzebne napięcia i zgrzyty, a to przenosi się na ogólną atmosferę i wizerunek firmy to muszę podejmować twarde i zdecydowane działania. Tak to działa, czy tego chcę czy nie i pomimo trudnych decyzji muszę je czasem podejmować. Fakt, że jest to konieczne i właściwe dla dobra firmy daje mi pewność co do słuszności każdej z tych decyzji.

Jakie kompetencje przedsiębiorcze musiała Pani w sobie rozwinąć, prowadząc własne placówki?

Jakie kompetencje przedsiębiorcze musiałam musiałam w sobie rozwinąć prowadząc dwie placówki??? Pytanie z serii tych trudnych raczej :). W pierwszej kolejności to te kompetencje musiałam w sobie odnaleźć, wyłuskać, wyciągnąć z wnętrza, uświadomić sobie, że takowe w ogóle posiadam. Tak na dobrą sprawę to nawet sobie nie zdawałam sprawy, jak wiele z tych kompetencji już posiadałam i fakt, że prowadzę firmę i zatrudniam ludzi spowodował, że musiałam je dostrzec i rozwinąć. Nie koncentrowałam się na tym jakoś specjalnie, to wychodziło w tzw. „praniu”. Na właścicielu firmy, co za tym idzie i na mnie również ciąży obowiązek podejmowania decyzji i brania za nie odpowiedzialności. To ja decyduję o kształcie całego biznesu, wyglądzie placówek, stworzeniu zespołu pracowników, znalezieniu odpowiedniej firmy cateringowej, dobraniu właściwych i interesujących zajęć dodatkowych i całej masy rzeczy, które w większym lub mniejszym stopniu wpływają na całość. Tu potrzebna jest kreatywność i inicjatywa. Bardzo dużo czasu poświęcam na szukanie, głównie w internecie, pomysłów na codzienne zajęcia dla dzieci, które zarówno uczą i rozwijają, ale i są interesujące i przykuwają uwagę dzieci. Praktycznie każdego dnia jest powód do „świętowania”, do szczególnego obchodzenia jakiegoś dnia, jak dzień ziemi, dzień misia, dzień ziemniaka i masa innych, które staramy się w jakimś stopniu zaakcentować. Są również cykliczne święta, które wszyscy znamy i wszyscy celebrujemy jak Dzień Kobiet, Dzień Chłopaka, Dzień Babci i Dziadka, Dzień Matki, czy najgłośniej przez nas obchodzony Dzień Dziecka. Organizacja tych świątecznych dni jest dla nas bardzo ważna, wiąże się to nieraz z dużym zaangażowaniem nie tylko moim, ale też wszystkich opiekunek. Wymaga to dużej kreatywności i pomysłowości, ale i odpowiedzialności gdyż wszyscy, którzy uczestniczą w obchodach tych dni poświęcają swój czas, a mi zależy by nie był to czas stracony i na długo został w pamięci całych rodzin. To ja podejmuję decyzje, poświęcam czas na planowanie i organizację praktycznie każdego dnia. Staram się dużo podróżować i podczas tych podróży inspiruję się wyglądem budynków i otoczenia oraz pomysłami właśnie z innych krajów. Muszę mieć również dobry kontakt ze swoimi dziewczynami i cechy przywódcze, by przekonać cały zespół do swoich pomysłów i je wdrażać. Tu trzeba było rozwinąć umiejętność pracy w zespole, słuchania innych i doceniania ciekawych pomysłów. Np. gdy corocznie organizujemy festyn rodzinny z okazji Dnia Dziecka proszę rodziców o pomoc, a to też wymaga umiejętności, wyczucia taktu i umiejętności przekonywania. Czasem nie wszystko idzie zgodnie z planem, bo takie jest życie i nie wszystko da się przewidzieć i wówczas budzi się kreatywność i elastyczność, zmieniany plany na bieżąco, tak aby nikt się nie zorientował, że coś jest nie tak. Praktycznie to każdy dzień wymaga ode mnie wykazania się takimi właśnie kompetencjami przedsiębiorczymi. Uważam, że każdy kto się nie rozwija ten się cofa, więc głowa. musi być pełna pomysłów non stop.

Wiele kobiet marzy o własnym biznesie, ale boi się pierwszego kroku. Co było dla Pani największą barierą na początku i co poradziłaby Pani dla tych kobiet?”

Chyba największa barierą przed otwarciem własnego biznesu była kwestia finansowa i wszystko co jest z nią związane. Początki wiążą się z kredytem, a ten rodzi pytania: co jeśli nie wypali, jeśli coś pójdzie nie tak, jeśli nie dam rady ogarnąć tego wszystkiego, jeśli mnie to przerośnie. Przecież muszę spłacać zobowiązanie wobec banku, to jest trochę przykre, ale taka jest prawda. W świecie, w którym pieniądz rządzi i ma decydujący wpływ na nasze życie, to właśnie on, a właściwie jego brak, jest największą zaporą i barierą przed podjęciem decyzji, które mogą odmienić nasze życie. Bo co z tego, że mam pomysł na biznes i według mnie pomysł jest dobry, że mam biznesplan, że mam chęci? Jeśli nie mam własnych środków na start, lub nie mam jak ich pozyskać to po prostu nie wystartuję. I tu radzę wszystkim kobietom, które stoją bądź stać będą przed takim dylematem, czy otwierać biznes dzięki pożyczonym środkom, lub dotacjom to mówię że tak, warto. Warto szukać informacji i dowiadywać się czy są do pozyskania pieniądze i na jakich warunkach. Jeśli mamy wszystko co jest potrzebne na start, czyli zapał, chęci, pomysł to warto zaryzykować. Bo kto nie ryzykuje ten szampana nie pije.

wioletta rakowska

You may like