Izabela Dąbrowska, dyrektorka Miejsko-Gminnego Centrum Kultury i Sportu w Choroszczy, od lat pokazuje, że kultura to coś więcej niż wydarzenia i kalendarz imprez. To przestrzeń spotkań, emocji i wspólnoty, w której każdy może odnaleźć cząstkę siebie. Pod jej kierownictwem Centrum Kultury w Choroszczy stało się miejscem bliskim ludziom – otwartym, pełnym pasji i współdziałania.
Łącząc rolę menadżerki kultury, animatorki życia lokalnego i kobiety z pasją, udowadnia, że determinacja i wizja mogą zmieniać małe ojczyzny w tętniące życiem centra aktywności.
Wierzy, że kultura ma moc budowania relacji i uzdrawiania codzienności.
Cofnijmy się na chwilę do początków. Co sprawiło i kiedy, że wybrała Pani właśnie drogę zawodową związaną z kulturą?
W swojej domowej biblioteczce mam kilka sentymentalnych skarbów. Jednym z nich jest pierwsze wydawnictwo, w którym miałam swój redakcyjny udział – szkolny album i folder towarzyszący fotograficznej wystawie, przygotowany wspólnie z Jerzym Fedorowiczem. Miałam wtedy zaledwie osiemnaście lat, więc to doświadczenie wydawało mi się czymś wręcz nieprawdopodobnym. W albumie znalazły się nasze zdjęcia i moje teksty, a na pierwszej stronie widnieje dedykacja: „Na dobrą drogę…”
Nie wiem, jaka energia mnie wtedy prowadziła, ale tak się życie ułożyło, że wiele lat później przepracowałam kilkanaście lat w instytucji, w której miałam swoją pierwszą zbiorową wystawę. Los zatoczył koło – zakończyłam tamten etap wydaniem pośmiertnego albumu Jerzego Fedorowicza. Jego fotografie wciąż są dla mnie jak karty mocy – przypominają, co w życiu naprawdę ważne.
Jerzy, pokazywał, że prawdziwe piękno tkwi nie tylko w naturze, ale w uważności i empatii, umiejętności skupienia uwagi na drugim człowieku, w świecie, który coraz częściej tej uwagi nie zna. To chyba jedna z piękniejszych lekcji, jakie wyniosłam z tamtego czasu.
Towarzyszy mi też jego przekonanie, że kultura, podobnie jak fotografia, to przestrzeń kreacji – swobody wyrazu, odwagi bycia sobą i twórczej sprawczości.
Kieruje Pani Miejsko-Gminnym Centrum Kultury i Sportu. Co najbardziej zaskoczyło Panią kiedy objęła Pani stery w instytucji?
Bez owijania w bawełnę – ludzie. W sensie pozytywnym i negatywnym. Choroszcz od lat zachwyca mnie swoją pamięcią i bogactwem społecznym – to miejsce, w którym działa wiele fantastycznych, zaangażowanych osób. Gdy dostałam szansę kierowania Centrum, pomyślałam, że tkwi tu ogromny potencjał, który warto twórczo wykorzystać i pokazać.
Nie bałam się pracy w kulturze, ale przyznam, że towarzyszył mi niepokój – czy sprostam wyzwaniom po pandemii, kiedy instytucje kultury musiały na nowo budować relacje z odbiorcami. Szybko jednak okazało się, że to nie pandemia była największym wyzwaniem. Przyszło mi tworzyć organizację praktycznie od nowa z obciążeniem nieufnością większości pracowników, z uprzedzeniami i nieżyczliwością poprzedników, którzy rozpowszechniali w środowisku nieprawdę na mój temat, co jak czas pokazał podyktowane było urażoną dumą oraz polityczną kampanią, zawoalowaną społeczną troską. Były momenty trudne, czasem bolesne. Pojawiały się krzywdzące opinie, plotki, próby podważenia mojej pracy i dorobku. Wtedy trzymałam się wartości, w których zostałam wychowana – godności, spokoju, szacunku do siebie i przekonania, że warto być sobą. Wierzyłam, że dobra praca obroni się sama. I obroniła.
Kiedyś w małych miejscowościach kultura bywała traktowana po macoszemu. Z jakimi wyzwaniami mierzy się dziś lokalna instytucja kultury w Polsce?
Największym – od lat – jest moim zdaniem nadal umniejszanie jej roli. W małych gminach priorytetem bywają drogi, infrastruktura, a kultura często schodzi na dalszy plan traktowana bywa jako coś „dodatkowego”. Tymczasem to właśnie ona jest duszą społeczności – buduje więzi, rozwija wrażliwość, daje przestrzeń do rozmowy i refleksji.
Obecnie kultura jest dynamiczna – wymaga ciągłego poszukiwania i reagowania na zmieniające się potrzeby. Nie ma w niej stagnacji. Ciągle trzeba szukać inspiracji i nowych form dotarcia do ludzi. Oczekiwania rosną, a możliwości często pozostają te same. Ale to też nas uczy pokory, kreatywności i współpracy. Wierzę, że ludzie kultury – animatorzy, organizatorzy, artyści – zasługują na większe docenienie – bo bez nich wiele wspólnot po prostu przestałoby istnieć.
Czy miała Pani w swojej karierze momenty zwątpienia, kiedy pojawiało się pytanie: „Czy to wszystko ma sens?” i jak je Pani przezwyciężała?
Tak, wielokrotnie. Zwątpienie towarzyszy każdemu, kto naprawdę angażuje się w swoją pracę. Czasem przychodzi z rozczarowaniem, czasem ze złością. W takich chwilach przypominam sobie, że krytyka ludzi, którzy sami nic nie robią, nie może odbierać mi siły. Życie ma jednak w sobie mądrą równowagę – w odpowiednim momencie przychodzi z nadzieją, podsyła wartościowych ludzi, którzy przypominają, że jesteś potrzebna. To oni dają siłę. Wtedy wystarczy spojrzenie, uśmiech, dobre słowo i już wiesz, że to wszystko ma sens.
Gdyby mogła Pani cofnąć się do czasów studiów czy pierwszej pracy, jaką radę dałaby Pani młodszej sobie?
By nie brać siebie i życia zbyt poważnie. Warto mieć dystans – do ludzi, do zdarzeń, do porażek.
Mamy prawo kluczyć, mylić się, gubić i płakać, a potem wracać bogatsi i silniejsi o doświadczenie. Nie wszystko trzeba rozumieć od razu. Warto zaufać sobie – i iść dalej, nawet jeśli droga nie zawsze jest prosta.
Kultura i sport to zdecydowanie dwa różne światy. Jak udaje się Pani je połączyć i stworzyć z nich spójną ofertę dla mieszkańców?
Okazuje się, że to wcale nie takie odległe światy. W życiu, jak i w drużynie sportowej, chodzi o grę do jednej bramki. W kulturze i w sporcie chodzi o emocje, o wspólnotę, o to, by ludzie czuli się częścią czegoś większego. Wszystko opiera się na zaangażowaniu – własnym, zespołu i ludzi, z którymi współpracujemy, ich pasja nas niesie. Czy organizujemy wystawy, koncerty, projekty społeczne, czy turnieje, zawody – wszystko dzięki temu, że każdy z moich pracowników wnosi do zespołu coś wyjątkowego, inspiruje i motywuje. Czasami bywa, że jest to wyzwaniem, ale dzięki zaangażowaniu, przychodzą także sukcesy. Wszystkie są wspólne – nic nie dzieje się tu w pojedynkę. Mam też ogromne szczęście, bo w tej dziedzinie mogę też liczyć na wsparcie mojego męża, korzystam z jego wiedzy, doświadczenia i niewątpliwej pasji do sportu. Wspieramy się w naszych inicjatywach.
Jakie projekty czy wydarzenia w Choroszczy uważa Pani za swoje największe sukcesy?
Mogłabym wymienić wiele wydarzeń, wystaw czy koncertów, ale największym moim sukcesem jest świadomość, że tworzę z moim zespołem miejsce pełne pasji, które naprawdę żyje kulturą i jest przede wszystkim otwarte na organizacje i instytucje działające w naszej społeczności. Otwarte na współtworzenie, na partnerstwa. Patrzę na naszą instytucje z poczuciem satysfakcji i dumy – że robię wszystko, jak tylko potrafię najlepiej, by stworzyć przestrzeń pełną twórczej energii i otwartości. Wierzę, że kreatywność jest dla wszystkich. Jak napisała Elisabeth Gilbert: „Nie każdy zostanie wielkim artystą, ale każdy może żyć twórczo.” I to jest właśnie sens mojej pracy – pomóc ludziom odnaleźć w sobie tę iskrę, zaufać sobie i tworzyć.
Co daje Pani największą satysfakcję w codziennej pracy z ludźmi i dla ludzi?
Największą – ich obecność. To, że ludzie do nas wracają. To, że czują się tu dobrze. To, że zostawiają nam swoje uśmiechy, emocje, historie. Kultura jest dla wszystkich, a twórczość to przestrzeń, w której każdy może coś odkryć – w sobie i w innych. Ktoś kiedyś powiedział mi, że dawno nie widział dyrektorki, która tak cieszy się z imprezy, którą sama organizuje. To chyba największy komplement. Bo niczego nie udaję. Staramy się być gościnni, otwarci, wsłuchani w potrzeby innych. To nie jest miejsce, w którym ktoś ocenia gust czy ambicje. To przestrzeń, w której każdy może odkryć swój potencjał – na zajęciach, w rozmowie, podczas koncertu. Kultura daje wytchnienie, pozwala na chwilę zapomnieć o codzienności, a czasem nawet odmienia czyjeś życie. Na chwilę udaje się zatrzymać czas, przełamać samotność, przywrócić wiarę w człowieka. Czasem wystarczy jedna iskra – spotkanie, wzruszenie, wspólne działanie i dzieje się magia.
Jakie są Pani marzenia i plany na przyszłość – zarówno dla Centrum, jak i prywatnie?
Chciałabym, by każdy z naszych odbiorców znalazł tu w Centrum swoją przestrzeń, w której może być sobą – czuć wdzięczność i radość z tego, co robi. Chciałabym, by nie zbrakło nam pomysłów i wsparcia, by nasz zabytkowy budynek mógł stać się w pełni dostosowany do ich potrzeb.
A prywatnie. Kiedyś usłyszałam, że może powinnam zacząć pisać. Przytoczono mi historię o znanej pisarce, która ma garderobę pełną sukienek we wszystkich kolorach świata. Pomyślałam wtedy z lekką zazdrością: „i co począć?” Wracam do domu, otwieram szafę, patrzę – źle nie jest! Ale może kiedyś i ja będę mieć taką garderobę pisarki… Na razie zostaję przy garderobie dyrektorki, która żyje z pasją – i wciąż wierzy w magię codzienności, chce pozostać sobą – nawet jeśli czasem trzeba płynąć pod prąd.
Dziękuję za chęć podzielenia się Twoją historią.