Przez blisko dwadzieścia lat Anna Grzybowska funkcjonowała w świecie, w którym liczą się wyniki, odpowiedzialność i skuteczne decyzje. Zaczynała w audycie w KPMG, przez niemal 14 lat była związana z H+H Polska, gdzie pełniła m.in. funkcje dyrektorki finansowej i członkini zarządu, później dołączyła do R.Power Renewables. Równolegle coraz mocniej interesowała ją psychologia przywództwa i to, co dzieje się z człowiekiem, który przez lata działa pod presją odpowiedzialności.
Dziś te dwa światy łączy w marce „I to ma sens” i warsztatach „Ja, dla mnie i o mnie”. Projekt powstał z obserwacji kobiet, które zawodowo świetnie sobie radzą: zarządzają firmami i zespołami, podejmują trudne decyzje, są przyzwyczajone do działania i odpowiedzialności. A jednak coraz częściej są zmęczone, przeciążone i mają poczucie, że wśród kolejnych zadań zabrakło miejsca dla nich samych.
Anna Grzybowska podkreśla, że nie chciała tworzyć kolejnego kobiecego wyjazdu z porcją motywacji i obietnicą szybkiej przemiany. „Ja, dla mnie i o mnie” jest sześciodniowym, kameralnym procesem łączącym psychologię, pracę z ciałem, wiedzę o stresie i regeneracji oraz doświadczenie kobiet znających rzeczywistość wysokich stanowisk. Maksymalnie 16 uczestniczek, indywidualne spotkania 1:1 i program prowadzący od przyjrzenia się własnym przekonaniom po rezyliencję i samowspółczucie mają stworzyć warunki nie do tego, żeby osiągać jeszcze więcej, ale żeby zadać sobie znacznie trudniejsze pytanie: jak osiągać, nie tracąc po drodze siebie?
O tym, dlaczego kobiety sukcesu tak często nie pozwalają sobie na zatrzymanie, dlaczego sama przez lata szukała miejsca, które dziś tworzy, i co właściwie ma się wydarzyć podczas tych sześciu dni, rozmawiamy z Anną Grzybowską.
Przez blisko dwadzieścia lat pracowała Pani w finansach i na wysokich stanowiskach zarządczych. Dziś zamiast projektu nastawionego na jeszcze większą efektywność tworzy Pani warsztaty, których punktem wyjścia jest zatrzymanie. Co musiała Pani zobaczyć w świecie biznesu, żeby dojść właśnie do tego miejsca?
Chyba najbardziej poruszyło mnie to, że przez lata widziałam kobiety, które naprawdę osiągnęły wszystko w swoich dziedzinach. Odpowiadały za duże zespoły, podejmowały trudne decyzje, budowały biznesy, awansowały na najwyższe stanowiska. Były kompetentne, ambitne i bardzo skuteczne. A jednocześnie bardzo często robiły to kosztem siebie. Brakowało im czasu, energii, przestrzeni na własne potrzeby. I co dla mnie było jeszcze bardziej poruszające – nawet kiedy obiektywnie osiągały bardzo dużo, w środku często miały poczucie, że robią za mało. A kiedy coś nie szło tak, jak sobie założyły, pierwszym miejscem, w którym szukały przyczyny, były one same. Przez lata obserwowałam to także z bardzo bliska, jako liderka i osoba pracująca z kobietami na wysokich stanowiskach. I coraz mocniej widziałam, że wiele zawodowych ograniczeń wcale nie zaczyna się w pracy. Ich źródło jest często dużo głębiej – w tym, jak siebie traktujemy, jakie mamy przekonania na swój temat, na ile potrafimy stawiać granice, odpoczywać, prosić o pomoc czy uznać, że „wystarczająco dobrze” naprawdę może być wystarczająco. Zrozumiałam też coś bardzo ważnego o przywództwie: granicą naszego rozwoju liderskiego jest w pewnym momencie granica naszego rozwoju osobistego. Możemy zdobywać kolejne kompetencje, stanowiska i narzędzia, ale trudno jest prowadzić innych dalej, niż sami jesteśmy gotowi pójść w poznawaniu siebie. I chyba właśnie dlatego zaczęło mnie interesować nie to, jak zrobić więcej, szybciej i skuteczniej. Tego świat biznesu nauczył mnie aż za dobrze. Zaczęło mnie interesować, co się dzieje, kiedy na chwilę przestajemy coś sobie i innym udowadniać. Kiedy możemy się zatrzymać i sprawdzić: czego ja właściwie chcę? Jak się mam? Co jest moje, a co robię z przyzwyczajenia, z ambicji albo z poczucia obowiązku? Z tego doświadczenia powstało „I to ma sens”. Nie jako ucieczka od biznesu, ale jako próba połączenia dwóch światów, które przez lata były dla mnie równie ważne: doświadczenia biznesowego i przywództwa z głębszym rozumieniem człowieka. Bo dziś wierzę, że można osiągać ambitne rzeczy. Można być skuteczną liderką. Można brać odpowiedzialność i mieć wysokie wymagania. Ale nie trzeba za to płacić sobą.
Mówi Pani, że stworzyła miejsce, którego sama kiedyś szukała. Czego konkretnie wtedy Pani nie znajdowała na rynku i czego zabrakło Pani w istniejących programach dla kobiet?
Przeszłam przez wiele form rozwoju; szkolenia merytoryczne, menedżerskie, liderskie, coaching, mentoring, psychoterapię, dziesiątki warsztatów. Rynek jest bardzo nasycony, ale wciąż brakowało mi jednego: połączenia wysokiej jakości merytorycznej, realnego doświadczenia biznesowego i prawdziwej, głębokiej pracy nad sobą.
Są świetne programy biznesowe prowadzone przez osoby bez głębokiej wiedzy psychologicznej, są kompetentni psychologowie, którzy nie znają realiów funkcjonowania w dużych, złożonych organizacjach. Mimo, że oferta na rynku jest bogata – nie adresowała ona bezpośrednio wyzwań, które miałam. Te oferty były albo zbyt ogólne, albo prowadzone przez osoby, które nie znały realiów pracy na najwyższych stanowiskach. Brakowało mi miejsca pomiędzy tymi dwoma światami, dlatego najbliższe warsztaty prowadzę razem z ekspertkami, Joanną Zapałą i Moniką Pazurkiewicz, a moim wkładem jest właśnie rozumienie świata, z którego przychodzą uczestniczki.
Przez niemal 14 lat była Pani związana z H+H Polska, pełniąc m.in. funkcje dyrektorki finansowej i członkini zarządu. Czy właśnie obserwacja życia na poziomie zarządów pokazała Pani, jak łatwo można pomylić odporność psychiczną z umiejętnością wytrzymywania coraz większego obciążenia?
Tak naprawdę nie chodzi konkretnie o H+H Polska, ta firma miała bardzo wysoką kulturę organizacyjną. Natomiast samo zjawisko widziałam w wielu innych miejscach: wśród koleżanek, znajomych, w całej branży.
Na wysokim stanowisku presja jest ogromna, a z zewnątrz łatwo pomylić jej wytrzymywanie z odpornością psychiczną. Rezyliencja, o której my mówimy na warsztatach, to korzystanie z zasobów, które mamy to jest coś zupełnie innego niż wytrzymywanie i zaciskanie zębów, i dowożenie wyniku kosztem własnego zdrowia. Z zewnątrz te dwie rzeczy wyglądają bardzo podobnie, obie dają rezultat. Ale jedna jest odnawialna, a druga zadłuża nas na przyszłość. W trakcie warsztatów skupimy się na rozpoznaniu tych zasobów, z których faktycznie możemy korzystać w trudnych chwilach zamiast na kolejnym treningu wytrzymałości.
W materiałach dotyczących „I to ma sens” pojawia się zdanie: „Nie pomagamy kobietom osiągać więcej”. To dość przewrotne hasło skierowane do kobiet, które przez znaczną część kariery były nagradzane właśnie za osiąganie więcej. Dlaczego uznała Pani, że to one szczególnie potrzebują dziś innego komunikatu?
Przez dużą część kariery właśnie tego nas uczono: osiągać więcej, być skuteczniejszą, zdobywać kolejne stanowiska, brać na siebie więcej odpowiedzialności, zadań. Takich programów jest bardzo dużo. Kobiety, które zapraszam na warsztat już wiele osiągnęły. Naturalnym etapem rozwoju człowieka jest to, że w pewnym momencie zaczyna się zastanawiać nad swoją tożsamością, nad swoją ścieżką nie dlatego, że coś jest nie tak, tylko dlatego, że to naturalny kolejny krok. My dajemy im przestrzeń, żeby się temu przyjrzały. Jeśli po tym przyjrzeniu się kobieta zostaje na swojej dotychczasowej ścieżce zawodowej, to i tak coś zyskuje, warto bowiem zobaczyć, czy używa optymalnych narzędzi, czy ta droga nie może być łatwiejsza. Nie chodzi więc o alternatywę „zostań albo odejdź”, tylko o pytanie, czy idzie się tą drogą w sposób, który da się utrzymać.
Sama przez lata działała Pani w finansach: świecie liczb, planów, mierzalnych rezultatów i kontroli. Jednym z przekonań, którym uczestniczki mają się przyglądać podczas warsztatów, jest: „Muszę wszystko kontrolować”. Jak często to, co pomaga kobiecie zrobić karierę, po latach zaczyna być dla niej obciążeniem?
Bardzo powszechne jest to, że mamy różne mechanizmy radzenia sobie z obciążeniem, wykształcone jeszcze w dzieciństwie. Te mechanizmy pomagały nam przetrwać. Kontrola jest jednym z nich, pomaga poczuć się bezpiecznie, kiedy świat wokół jest nieprzewidywalny.
Problem w tym, że po czasie te mechanizmy przestają się sprawdzać, a my tego nie dostrzegamy, bo działają automatycznie, w tle. Nasze warsztaty to przestrzeń, w której można zobaczyć, czy sposób, w jaki funkcjonuję, jest takim, który mi służy, czy jest dla mnie zdrowy, czy tylko znajomy. To nie jest to samo.
Mocno odcinacie się od coachingu motywacyjnego, wyjazdów wellness, „pozytywnego myślenia”, ezoteryki i pseudonauki. Dlaczego tak ważne było dla Pani jasne powiedzenie, czym te warsztaty nie są?
Odcinam się przede wszystkim od niskiej jakości i braku profesjonalizmu. Na rynku rozwoju osobistego działa wiele programów prowadzonych przez osoby bez wystarczającego przygotowania, czy doświadczenia. Kobiety, do których chcę trafić, mają wysokie wymagania także wobec samego procesu, w którym biorą udział. Oparcie się na badaniach naukowych daje tym kobietom punkt zaczepienia, który pomaga im się w to w ogóle zaangażować, zaufać procesowi i lepiej w nim pracować. Gdyby program opierał się na intuicji czy wierze, wiele z tych kobiet w ogóle by się nie otworzyło, bo to nie jest ich język. Dlatego pracujemy w oparciu o przebadane metody, które faktycznie przynoszą rezultaty. Sześciodniowy program łączy psychologię z pracą z ciałem.
Dla części kobiet ze świata biznesu praca z ciałem może brzmieć znacznie mniej konkretnie niż analiza problemu czy plan działania. Dlaczego bez tego elementu – Pani zdaniem – rozmowa o przeciążeniu byłaby niepełna?
Psychosomatyka i somatopsychologia są bardzo dobrze zbadane. To są po prostu fakty. Pełen proces potrzebuje zarówno pracy z umysłem, jak i pracy z ciałem. Moje doświadczenie jest takie, że samo intelektualne zrozumienie czegoś rzadko wystarcza do zmiany. Czasem dopiero wtedy, kiedy coś naprawdę poczujemy w ciele, jesteśmy gotowe inaczej zadziałać. Ciało cały czas dostarcza nam informacji. Wystarczy przypomnieć sobie, jak oddychamy, kiedy się boimy albo jesteśmy spięte, a ciało wie czasem wcześniej niż głowa, że coś jest nie w porządku. Chcę pomóc kobietom odzyskać kontakt z tym źródłem informacji nie w sposób ezoteryczny, tylko oparty na wiedzy naukowej. Joanna Zapała, prowadząca warsztaty, jest również kierowniczką merytoryczną kierunku psychosomatyka i somatopsychologia na SWPS (Szkoła Wyższa psychologii Społecznej) i czołową ekspertką w kraju w tym zakresie. W połączeniu z doświadczeniem i wiedzą Moniki Pazurkiewicz o układzie nerwowym trudno mi sobie wyobrazić bardziej sprzyjające warunki do głębokiej i skutecznej pracy z ciałem.
Ma Pani za sobą doświadczenie z zarządzania finansami, pracy w zarządzie i wspierania menedżerek. Co z tego biznesowego doświadczenia przeniosła Pani bezpośrednio do konstrukcji warsztatów „Ja, dla mnie i o mnie”?
Przede wszystkim wysoką jakość, przemyślaną strukturę i konkretne narzędzia. Ja doskonale rozumiem realia i wyzwania osób funkcjonujących na wysokich stanowiskach. Tego nie da się wyczytać z książki, trzeba to przejść. Program tego warsztatu nie jest przypadkowy. Jest ułożony w taki sposób, żeby uczestniczki mogły wrócić do codzienności z konkretnymi narzędziami, dzięki którym ta codzienność będzie łatwiejsza nie z samym doświadczeniem sześciu dobrych dni, tylko z czymś, co da się zastosować w poniedziałek rano. Nie opieram programu wyłącznie na własnym doświadczeniu towarzyszą mi eksperci, którzy wnoszą kompetencje z obszaru psychologii, psychologii klinicznej, psychoterapii i pracy psychosomatycznej.
Po latach pracy na wysokich stanowiskach zrobiła Pani zawodową przerwę. W Pani historii właśnie zatrzymanie stało się początkiem nowego projektu. Czego dowiedziała się Pani o mechanizmie ciągłego działania dopiero wtedy, kiedy sama przestała Pani działać w dotychczasowym rytmie?
Zobaczyłam przede wszystkim, jak bardzo byłam zmęczona, nie ostatnim rokiem czy dwoma, tylko dwudziestoma latami. Jeszcze wiele miesięcy po tym jak przestałam pracować miałam następujący obraz mojego mózgu: zardzewiałe, rozgrzane, parujące metalowe zwoje ze starej pralki. Dopiero po zatrzymaniu zobaczyłam też, pod jak ogromną presją i w jakim stopniu skomplikowania funkcjonowałam na co dzień. Zrozumiałam też, że czasem łatwiej jest działać niż się zatrzymać. Zatrzymanie oznacza konfrontację z własnymi wyborami: z tym, że być może żyjemy niezgodnie z wartościami, wspieramy projekty, wartości, których nie chcemy wspierać, albo zmierzamy w kierunku, którego świadomie nigdy byśmy nie wybrały. W ciągłym ruchu trudno usłyszeć własne potrzeby.
Powiedziała Pani: „Wierzę, że można budować sukces, który nie odbywa się kosztem siebie”. Po tylu latach obserwowania biznesu, po czym poznaje Pani dziś sukces, który rzeczywiście nie jest osiągany własnym kosztem?
Patrzyłabym na całego człowieka: jego zdrowie, relacje, życie rodzinne, możliwość odpoczynku i to, czy jego życie jest naprawdę jego świadomym wyborem. Czy praca jest ważnym elementem życia, czy staje się całym życiem? Czy potrafi się od niej odłączyć? Czy budzi się w nocy, myśląc o niej? Czy na urlopie nadal rozwiązuje problemy organizacji? Patrzyłabym też na ludzi wokół niego, bo zdarza się, że ktoś osiąga sukces nie tylko własnym kosztem, ale też kosztem innych. Sukces nie oznacza braku wysiłku, presji czy trudnych momentów – chodzi o to, żeby koszt był zauważony, świadomy i akceptowalny, a nie ponoszony automatycznie. Dlatego program kończymy modułem samowspółczucie, bo żeby w ogóle zauważyć, jak wygląda mój świat wokół i jak się czuję, potrzebna jest życzliwość wobec siebie, a nie tylko kolejna ocena wyniku.
Wyobraźmy sobie kobietę, która czyta tę rozmowę między jednym spotkaniem a drugim. Jest skuteczna, odpowiedzialna, jej kariera wygląda dobrze, więc mówi sobie: „nie jest ze mną jeszcze tak źle, żeby jechać na sześć dni warsztatów”. Co chciałaby jej Pani powiedzieć i dlaczego być może właśnie wtedy jest najlepszy moment, żeby się zatrzymać?
Powiedziałabym jej, że to jest dobry moment właśnie dlatego, że jeszcze ma zasoby energetyczne, żeby się tym realnie zająć. Zatrzymanie się, kiedy wszystko jeszcze działa, to nie jest przesada – to jest strategia. Łatwiej pracować nad sobą z pozycji siły niż z pozycji wyczerpania, kiedy zostaje już tylko gaszenie pożaru. A jeśli będzie zwlekać zbyt długo, może być za późno nie w sensie ostatecznym, bo do siebie zawsze można wrócić, ale w sensie tego, ile pracy i czasu to będzie kosztować, kiedy zasoby będą już mocno nadwyrężone. Dlatego nie mówię jej „rzuć wszystko”. Mówię: masz dziś więcej możliwości wyboru, niż będziesz miała za rok, jeśli nic nie zmienisz warto z nich skorzystać póki jeszcze są.
To co jest dla mnie bardzo ważne to to, że ja proponuje drogę środka. Nie mówię, że trzeba odejść z pracy i zacząć hodować pole lawendy albo rzucić wszystko i wyjechać w przysłowiowe Bieszczady. Zachęcam do tego, żeby przyjrzeć się sposobowi w jaki funkcjonujemy i wypracować strategie, które w obecnym życiu będą nam lepiej służyć. Zresztą, po tym jak wyhodujemy piękne pole lawendy, może się okazać, że problem tkwił gdzie indziej, niczego tak naprawdę nie zmieniłyśmy i zabrałyśmy ten problem ze sobą na to pole lawendy.