Perfekcjonizm – przyjaciel czy wróg? Jak przestać wymagać od siebie za dużo

Określenie „perfekcjonizm” niesie za sobą różne skojarzenia, choć mam wrażenie, że w dzisiejszych czasach głównie negatywne. Natomiast już słowo „perfekcyjny” brzmi bardziej pozytywnie, przynosi nam na myśl coś idealnego, nieskazitelnego, takiego jakie właśnie chcieliśmy. No właśnie. Jakiego MY chcieliśmy. Ale czy to oznacza, że to co dla nas jest perfekcyjne, to dla innych również? Czy da się być człowiekiem całkowicie PERFEKCYJNYM?

Zacznijmy od wyjaśnienia czym w ogóle jest perfekcjonizm? Większość z nas odpowiedziałaby pewnie, że jest to chęć robienia wszystkiego idealnie, profesjonalnie, jak najlepiej. Tylko czy w chęci robienia czegoś bardzo dobrze jest coś złego? Równie dobrze możnaby to nazwać sumiennością, zaangażowaniem. A perfekcjonizm? Z psychologicznego punktu widzenia jest to po prostu lęk przed oceną innych. Strach, że to co zrobię będzie złe, za słabe, a inni ludzie to zobaczą i mnie negatywnie ocenią. Bo wydaje się oczywiste, że jeśli wszystko zrobię idealnie, to nikt nie będzie mógł się do tego przyczepić. Ale czy istnieje jakaś górna granica perfekcji? Tymbardziej że, tak jak w głównym akapicie wspomniałam, dla każdego co innego może być perfekcyjne.

Z perfekcjonizmem w parze idzie nasz osobisty stosunek do siebie, to co o sobie myślimy oraz nasza wartość. Boimy się porażki, bo wiemy, że nasze samopoczucie na tym ucierpi. Kiedy coś nam nie wyjdzie, często myślimy o sobie źle, doznajemy nieprzyjemnego poczucia wstydu. Perfekcjonizm ma nas uchronić przed negatywnymi emocjami. Do tego lęk przed złym wykonaniem zadania często prowadzi nas do prokrastynacji, czyli w ostateczności nie robimy nic, a to jeszcze bardziej pogłębia nasze złe myślenie o nas samych. Jak to może wyglądać w praktyce? Pani Kasia musi złożyć w biurze sprawozdanie do piątku, ma na to tydzień. Ma nawet na to pomysł i czas, ale w jej głowie roi się tyle obaw, że zrobi źle, jednocześnie czeka na odpowiedni moment, żeby zrobić to „porządnie”. I tak odwleka, odwleka, aż przychodzi czwartek wieczór i pani Kasia w pośpiechu , w nocy pisze sprawozdanie, którego nie ma już ani siły ani czasu poprawić. Inny przykład? Ola jest instruktorką tańca. Znalazła super piosenkę, do której chce zrobić choreografię na zajęcia. Ale piosenka jest tak super, że Ola chce zrobić coś wyjątkowego. Ogląda filmiki innych osób, którzy stworzyli coś do tej piosenki i zaczynają jej się w głowie pojawiać myśli, że wszystko inne jest tak dobre, że nie uda jej się zrobić nic lepszego. Mija czas i w ostateczności Ola nie tworzy choreografii, piosenka już jest przestarzała i Ola traci chęć na tworzenie do niej.

Czy w porażkach jest coś złego? Przecież to właśnie dzięki nim poznajemy różne odcienie życia, uczymy się, szukamy rozwiązań. Porażki są potrzebne – mają realny wpłw na neuroplastyczność mózgu. Jeśli po błędzie pojawia się refleksja, analiza i chęć poprawy, wtedy wzmacniają się nowe połączenia nerwowe, które wpływają na tzw. uczenie się na błędach. To dzięki porażkom możemy stawać się lepsi. Ale nie lepsi od innych (zawsze będzie ktoś lepszy), ale lepsi od siebie samych z dnia poprzedniego. To jest właśnie rozwój.

Skąd się bierze pefekcjonizm? Widzę różne możliwości, choć jako psychoterapeutka, najbliższe są mi stwierdzenia odnoszące się do doświadczeń dziecięcych. Już jako dzieci możemy słyszeć różne hasła typu „dziewczynki tak się nie zachowują/nie krzyczą/są grzeczne/powinnaś to i to” itp. Wychodzimy z domu z pewnymi ukorzenionymi przekonaniami na temat nas samych, życia i świata. Ponadto jesteśmy pokoleniem, w którym nasi rodzice/nauczyciele mogli stosować różne porównywania, np. „zobacz jak Marysia pięknie narysowała kotka, a ty co?”, „dlaczego inne dzieci dostały 5 a ty tylko 4, nic się nie postarałaś”. Jednocześnie, kiedy coś nam się udało, to nas wtedy dostrzegali, chwali. Takie sytuacje mogły wpłynąć na uwarunkowanie nas na zasadzie „Jestem ważna i kochana tylko wtedy kiedy robię coś dobrze, idealnie”, tymbardziej jeśli na imprezach rodzinnych słyszałyśmy jak rodzice chwalą nas nie jako NAS, nasze wartościowe cechy, tylko chwalą nasze osiągnięcia. I oczywiście, porównywania, chwalenie osiągnięć samo w sobie nie jest złe, ale ma negatywne konsekwencje jeśli jest to najczęstszy schemat doceniania występujący w rodzinie.

Duże znaczenie w pracy nad perfekcjonizmem ma nasza umiejętność własnego wglądu oraz praca nad myślami. Często perfekcjonizmowi towarzyszy tzw. „myślenie katastroficzne”. No właśnie. To co? Często sami nie wiemy co, a kiedy zaczynamy drążyć CO, to się okazuje, że zazwyczaj NIC TAKIEGO, z czym byśmy sobie nie poradzili. Tutaj przychodzi mi na myśl metoda „Co najgorszego się może wydarzyć?” – metoda polegająca na urealnieniu tego, co naprawdę może się wydarzyć najgorszego, jakie będą tego konsekwencje i co możemy w danej chwili „ratować”. Kolejną sprawą, mogącą pomóc nam w walce z negatywnym perfekcjonizmem jest, po pierwsze, dostrzeżenie i przeanalizowanie dokładnie co i kiedy nam to robi. Czy nas to buduje? Jeśli robimy coś, z czego nie jesteśmy zadowoleni, to pojawiają nam się w głowie negatywne myśli na temat nas samych „jesteś głupia, bezwartościowa”. Czy to poprawia jakość naszego życia? Czy takiego życia chcę dla siebie? Musimy uczyć się łapać takie stwierdzenia w naszej głowie, zauważać je, a potem przeformułować na coś bardziej konstruktywnego np. „Okej, jestem tylko człowiekiem, mam prawo popełniać błędy. Dziś mi nie wyszło, ale nauczyłam się, że (…).” Ponadto staramy się dostrzec, że jednak coś zrobiliśmy, np. „Napisałam artykuł do gazety, choć wcześniej nigdy tego nie robiłam. Mam nową umiejętność. Postaram się poprawić to i to.” Dostrzegamy, że złe myślenie o sobie obniża wartość naszego życia. Możemy również dostrzegać utrwalone przekonania i się nad nimi zastanawiać. Myśleć skąd je mamy, od kogo? Czy na pewno od nas samych, czy gdzieś to usłyszeliśmy i przyswoiliśmy? Możemy jeszcze raz je przemyśleć, przeformułować albo nawet odrzucić, jeśli nam nie sprzyjają. Ponadto, dużą wartością będzie wprowadzenie pewnej łagodności dla siebie, zrozumienia. Postanowienia, że „chcę myśleć o sobie dobrze”. Kolejną rzeczą jest to, że często boimy się krytyki osób, na których tak naprawdę nam nie zależy. Osób, które naszą pracę potrafią skomentować krótko „słabe, syf”. Czy to coś wnosi do naszego życia? Absolutnie nie. Bierzmy do siebie tylko konstruktywną krytykę, która opiera się na konkretnych stwierdzeniach „to i to było okej, a to i to trzeba poprawić”. Przytrzymajmy się przy tym, co już zrobiliśmy, osiągnęliśmy i doceńmy to, zamiast pędzić od razu po następny cel. Dodam tutaj, że nie chodzi o to, żeby sobie pobłażać, obniżać mocno swoje standardy. Chodzi o to, aby próbować, działać, starać się, ale jednocześnie dbać przy tym o siebie, swoją psychikę.

Perfekcjonizm może być pozytywny, jeśli rozumielibyśmy go jako zaangażowanie, sumienność, chęć rozwoju, wytrwałość. Jeśli nas motywuje do podnoszenia swoich kwalifikacji, do robienia rzeczy dobrze, a nie byle jak, to jest to zdrowe, budujące podejście. W perfekcjonizmie dominuje podejście zero jedynkowe „albo grubo, albo wcale”. Życie jednak takie nie jest, dostrzeganie szarości pomaga nam ułagodnić obraz świata i siebie samych, co jednocześnie może pozytywnie wpłynąć na jakość naszego życia i poczucie własnej wartości.

Monika Klimiuk, psycholog i psychoterapeutka specjalizujące się w podejściu psychodynamicznym

You may like